40 lat LKJ „Ostroga” Opole. Wspomina Andrzej Marchewicz, w LKJ „Ostroga” od 1986 r. Prezes w latach 2002-2014

Ponieważ w tym roku obchodzimy 40 lecie istnienia naszego Klubu – mimo , że nie jestem w nim od początku – chciałbym podzielić się swoimi wspomnieniami o Klubie i ludziach którzy tworzyli jego historię. Pierwsze kroki w Klubie zrobiłem dzięki ś.p. Ryśkowi Berendowiczowi. To on namówił mnie i innych z Energomotażu  Zachód wpierw na rodzinny kulig a później na szkółkę jeździecką . Szkółkę prowadził „ataman” Piotrek Zdybowicz. To były niezapomniane chwile. Piotrek był ( i jest ) tak dobrym nauczycielem, że do dziś bawię się w tą konną rekreację.  Z tego okresu pamiętam – i chyba nie tylko ja – jedną wspaniałą parę , tworzyła ją Jola Zdybowicz  z  Jontkiem . To była  piękna para. Jontuś do dziś – już jako emeryt – znajduje się w naszej stajni,  jest w tej chwili najstarszym w niej koniem.

Andrzej Marchewicz na koniu. Fot. z prywatnego archiwum AM. Kto rozpozna pozostałe konie i jeźdźców?
Andrzej Marchewicz na koniu. Fot. z prywatnego archiwum AM.
Kto rozpozna pozostałe konie i jeźdźców?

W tym czasie miałem również przyjemność  doskonalić  swoje umiejętności jeździeckie pod okiem niebywałego pedagoga i fachowca – ś.p. Janusza „Dziadka” Zapendowskiego. To była postać. Zawsze elegancko ubrany, szarmancki wobec kobiet. Potrafił zarazić  innych swym entuzjazmem do koni.

W tym czasie był w Klubie zatrudniony autentyczny masztalerz – Pan Fredek Flaga. My natomiast (rekreanci) po zajęciach rekreacyjnych sami prowadziliśmy zakarmianie koni oraz sprzątaliśmy stajnie. Na początku była to jedna stajnia – dzisiaj „Jontek”, a później i druga – „Molar”. Był to wspaniały czas kiedy dzięki tym czynnościom mogliśmy jeszcze bardziej poznać zachowanie koni i poczuć się odpowiedzialnymi za klub.

Nie sposób nie wspomnieć  tu również „Pana Doktora Nieludzkiego” ( a skąd ta nazwa –kto wie ?) Wojtka Starczewskiego, Adama Wiercińskiego, Andrzeja Wróblewskiego i wielu wielu innych, że o koniach : Najka, Melib, Czeremosz, Dan i inne nie wspomnę. Ale to już może w innych ( członków klubu ?) wspomnieniach.

Andrzej Marchewicz


Po raz pierwszy w siodle. Wspomnienia jeździeckie

Pamiętam jakby to było wczoraj. Była zima 1986 roku, pracowałem wtedy w jednej firmie z Ryśkiem Berendowiczem. Któregoś dnia  Rysiek  zaproponował zorganizowanie kuligu w „jakimś” klubie, obiecując niezapomniane wrażenia. Na kulig wybraliśmy się całą grupą. Mieliśmy przygotowane jedne sanie, na których jechali dorośli, do nich doczepiliśmy małe sanki z dziećmi. Pogoda była piękna: słońce, mróz – 15 C i wspaniały śnieg. Saniami powoził Kuba Marczak. Poza zaprzęgowymi końmi szły trzy konie pod siodłem. Na dwóch z nich jechali : Rysiek Berendowicz i Staszek Skakuj, trzeciego konia, siwą klacz Maderę, przeznaczono dla nas, co było prawdziwą niespodzianką. Dla większości miała to być pierwsza jazda w siodle. W czasie pięknej sanny co jakiś czas jeźdźcy zmieniali się na Maderze. W drodze powrotnej z lasu przyszła kolej na mnie. Chcąc nie chcąc „wlazłem” na kobyłę. Okazało się, że na to czekał Rysiek. Tak jakoś ustawił nasze konie, że niepostrzeżenie dla mnie nagle sanie znalazły się 300 m przed nami. I wtedy zaczęło się. Jak zwykł mówić mój przyjaciel, Adam Wierciński cytując Sienkiewicza, „ … i konie wzięły impet największy” – tak mi się wtedy przynajmniej wydawało. Najgorsze jednak było dopiero przede mną. Zbliżaliśmy się do drogi – dzisiejszej obwodnicy. Tempo było zawrotne, a tu jeszcze znak STOPu przed nami. W panice zacząłem myśleć, gdzie to „bydlę” ma hamulec. Nie znalazłszy na to pytanie odpowiedzi poddałem się pędowi z głębokim postanowieniem utrzymania się na grzbiecie konia.

Wszystko skończyło się szczęśliwie a konsekwencją kuligu było zorganizowanie szkółki jeździeckiej dla osób, które w nim uczestniczyły. Zapisała się prawie całą „kuligowa” grupa, między innymi Boguś Angerman, Jasiu Rak i Jacek Piekarczyk. Część z nas do dzisiaj pozostała w Klubie, część stopniowo wykruszyła się ale dla wszystkich z kuligiem wiążą się niezapomniane przeżycia.

Andrzej Marchewicz


Wspomnienia jeździeckie

Białegostoku gdzie był działaczem i instruktorem  Klubu Jeździeckiego „Białystok”. Był też pierwszym naszym instruktorem. Wspólnie z KJ „Białystok” zorganizował w latach 1975 i 1976 obozy jeździeckie w Strabli nad Narwią (30 km koło Białegostoku), w których uczestniczyły też nasze klubowe konie (Umer, Morał, Miła) i członkowie naszego Klubu. W latach 1986 i później oba nasze kluby uczestniczyły w organizowanych w Polsce po raz pierwszy konnych rajdach długodystansowych. Z KJ „Białystok” zostały zakupione do naszego klubu konie : Kalif, Kaja, Dobitka, Cytrona, Czeremosz.

Współpraca trwała aż do lat dziewiędziesiątych tj. do czasu wyjazdu Bogdana z rodziną do Kanady.

Potocznie mówi się o Nim, że w przeróżnych ówczesnych instytucjach „wydeptał” i założył LKJ Ostroga Opole przekonując decydentów i urzędników.

Kuba

Wspomnienia ” Żabki „

Na wstępie się przedstawię . Nazywam się Joanna Święcicka. Wielu osobom to nic nie powie ale jeśli przedstawię się jako „ŻABKA” to sytuacja się zmieni.

Przez wiele lat jeździłam w klubie, prowadziłam szkółki jeździeckie , zajęcia rekreacyjne, trenowałam grupę skacząca przez przeszkody i byłam czynnym zawodnikiem sportowym .

Moja przygoda z  „Ostroga ‘’ zaczęła się w wieku 11lat kiedy to w szkole do której wtedy chodziłam rozniosła się informacja o naborze na szkółkę jeździecką.  Na pierwsze zajęcia przyjechałam z tatą i wtedy okazało się że na zajęcia przyjmują dzieci w wieku 12lat, i raczej wyższe niż ja J

Z racji tego że na pierwszych zajęciach głownie była teoria i czyszczenie koni ,pozwolono mi zostać. Na koniec  zajęć osiodłano kilka koni ,wyprowadzono na hale i pokazano jak należy wsiadać- tu już się zaczęły schody ponieważ mi przypadł piękny gniady  Lewin , a z tego co pamiętam do małych koni on nie należał. Wsadzono mnie na siodło oprowadzono po hali i na tym pierwsze zajęcia się skończyły. Myślałam że przygodę z końmi będę musiała odłożyć na rok lub więcej jak podrosnę na tyle że będę umiała sobie osiodłać konia, jednak tato jakoś przekonał moją Panią instruktor Wiolete Żużałek żebym pozostała .Warunek był jednak taki że cała szkółkę przejeżdżę na Cekinie. Kto znał Cekina to wie że raczej nie było mi łatwo ze względu na jego charakter i nieprzewidywalność.

Kolejne jazdy mijały bardzo szybko . Nadszedł czas egzaminu .Na początku teoria –uczyłam się z wydrukowanych kartek z podstawowymi informacjami dotyczącymi budowy konia, siodła, tranzelki, maści koni , sposobu żywienia ,sportów konnych  i innych podstawowych przydatnych informacji. Teorie zdałam i przyszedł czas na praktykę. Oceniano czyszczenie , siodłanie a potem już umiejętności jeździeckie. Jazda w zastępie poszła gładko natomiast jazda indywidualnie przez cale okrążenie skończyła się na kilku kółkach galopu. Wtedy Cekin był dla mnie  nie do opanowania ,mimo to nie spadłam i potrafiłam po jakimś czasie znaleźć się na końcu zastępu. Egzaminatorzy w składzie Pani Wioleta , Pan Marek Marczak i Pan Janusz Zapendowski orzekli że egzamin zdałam i mogę uczęszczać na jazdy doszkalające. Tak właśnie zaczęła się moja przygoda z jeździectwem która trwała spory kawałek mojego życia.

A skąd pseudonim  „ŻABKA” – na jazdy przychodziłam w zielonym dresie i zielonych kaloszach ,któregoś dnia ze względu na kolorystykę mojego stroju  Pan Janusz Zapendowski nazwał mnie Żabką i tak już zostało na długie lata.

Joanna Święcicka

Wspomnienia – Fragment

Jak to się zaczęło? Pewnie wspomniałam w domu, że chciałabym zapisać się na szkółkę jeździecką, może poprosiłam mamę, żeby zapytała swoją koleżankę z pracy, panią Danusię Struk, kiedy zaczynają się zajęcia i ile ta przyjemność kosztuje.  To mogło być w maju lub czerwcu 1986 roku.

Okazało się, że zajęcia szkółkowe zaczynają się dopiero we wrześniu, ale pani Struk zaproponowała, żebym przyszła jeszcze przed wakacjami i sprawdziła, czy rzeczywiście jazda konna mi się spodoba. I tak pewnego słonecznego dnia znalazłam się przed jedyną wtedy stajnią LKJ Ostroga. Wokół kręciło się mnóstwo ludzi, którzy, w przeciwieństwie do mnie, wyglądali, jakby wiedzieli, co tam robią. Pokonałam nieśmiałość i weszłam do stajni.

Zaczęło się standardowo – nauka czyszczenia i siodłania. Siwy Pedro całkiem cierpliwie znosił niepierwsze w jego życiu nieudolne próby wciskania wędzidła w zęby. Kiedy uporałam się z zadaniem przygotowania go do jazdy, wyszliśmy na padok, wgramoliłam się na siodło i zaczęłam pierwszą lekcję jazdy konnej na lonży. Przed wakacjami odbyłam jeszcze jedną czy dwie takie lekcje, ale już nie pamiętam, na jakich koniach. Utwierdziłam się w przekonaniu, że chcę się zapisać na szkółkę.

Od września zaczęły się regularne zajęcia dwa razy w tygodniu.  Nasz instruktor, pan Janusz Zapendowski, przydzielił nam konie. Jak się później okazało, jeździliśmy na nich przez całą szkółkę. Mnie przypadł w udziale kary Witusz, wałach stateczny i nieco melancholijnie usposobiony, bardzo zaprzyjaźniony z siwym Cyklopem. Poza nimi naszą grupę szkoliły gniady Kalif i jego również gniada sąsiadka Kaligrafia zwana Kają, nieco ciemniejsze od nich Umer i Melib, prześliczna ciemnogniada Targowica z nietypową odmianą na głowie, nie wiedzieć czemu nazywana Nają oraz kasztanowaty, potężny Czetnik o stoickim usposobieniu i ciemnokasztanowy, równie wielki Oranż. Ten ostatni, o ile pamiętam, dość często z powodu kontuzji stał w boksie, a później szalał na jazdach tak, że w końcu został sprzedany jako nienadający się ani do rekreacji, ani do sportu. Wieść gminna głosiła, że poszedł pracować w lesie. Pedro od czasu do czasu zasilał tę stawkę, ale większość czasu również spędzał w boksie lecząc kontuzję. Sprawności już nie odzyskał i również został sprzedany, chyba nawet wcześniej niż Oranż.

Pewnie tym, którzy obecnie rozpoczynają przygodę z jeździectwem od wizyty w sklepie,  z którego wychodzą zaopatrzeni w kask lub toczek, oficerki lub przynajmniej sztylpy i sztyblety, bryczesy, rękawiczki i palcat, trudno sobie wyobrazić, że wtedy większość z nas przebierała się w szatni pod trybunami w jakieś zużyte spodnie, nienadające się do noszenia w innym miejscu bluzy czy swetry i możliwie najwyższe kalosze. Za palcat służył odpowiedniej długości prosty, giętki patyk, który łamało się po drodze z przystanku do Klubu. Patyki te później wtykało się między deski ławek na trybunach i, jeśli nikt wcześniej ich nie wyciągnął, używało się ich podczas kolejnej jazdy. Na głowy wkładaliśmy obowiązkowo koszmarne białe, plastikowe kaski hokejowe, w których nikt nie wyglądał dobrze, i z zazdrością patrzyliśmy na posiadaczy czarnych, eleganckich toczków.

Dość szybko zorientowałam się, że aby wkraść się w łaski wszechwładnego pana Janusza, należy zaraz po przebraniu się ruszyć do stajni i szybko chwytać za widły. Jakieś romantycznie usposobione dziewczę, które zechciało w jego obecności wyrazić swą miłość do koni kwiecistymi słowy, szybko zostało sprowadzone na ziemię krótkim stwierdzeniem, że temu uczuciu najlepiej daje się wyraz z widłami lub miotłą w ręku.  Słuchałam tego dictum nie bez satysfakcji, zawzięcie machając brzozowym drapakiem. Dopiero kiedy obrządek był skończony, można było z czystym sumieniem zasiąść na trybunach i oglądać kończącą się poprzednią jazdę.

Stajnia była miejscem magicznym, po wejściu do niej natychmiast zapominało się o wszystkich smutkach i problemach. Przyjeżdżałyśmy do niej z Aśką Zalwert co najmniej godzinę przed jazdą. Jako że autobusy docierające do Bierkowic jeździły rzadko i kapryśnie, wolałyśmy mieć solidny zapas czasu, żeby zdążyć przed jazdą wyrazić swą miłość do koni.

Agnieszka Krzyżańska – Duś

Wspomnienia – Fragment

Moim kolejnym ulubionym koniem była gniada Norma. Podobnie jak wcześniej Madera, nie cieszyła się popularnością wśród osób jeżdżących w tych dniach, co ja. Dzięki temu znowu miałam „swojego” konia prawie na wyłączność, oczywiście na „swoich” jazdach. Norma wyróżniała się niesamowicie miękkim kłusem. Tak miękkim, że łatwiej było jeździć na niej ćwiczebnym niż anglezować. Wcześniej, przyzwyczajona do wybitnie twardego kłusu Witusza, anglezowałam zbyt wysoko. Dzięki Normie oduczyłam się tego bardzo szybko. Zgodnie z prawidłowością, którą wcześniej zauważyłam, Norma miała za to strasznie niewygodny galop – miotała jeźdźcem po siodle jak wielbłąd. Twardokłusy Witusz natomiast, w galopie nosił bardzo miękko. Ogromną zaletą Normy, poza brakiem licznego grona wielbicieli jej talentu, był fakt, że lubiła podgryzać i kopać inne konie, dzięki czemu znowu mogłam jeździć poza zastępem. Po rychłej sprzedaży Normy zostałam bez ulubieńca na jakiś czas. Czasem udawało mi się dostać Najkę albo Cytronę, nie przepadałam natomiast za jazdami na Czetniku.

Po dość długim czasie, kiedy to koni rekreacyjnych przybywało tylko, gdy któryś przechodził do nas ze sportu, w stajni pojawiły się nowe nabytki. Pamiętam niską karą Kamerię, która nie widziała na jedno oko, i jej równie niskiego i karego syna Kameruna. Kameria nie zagrzała u nas długo miejsca, bo ze względu na częściową ślepotę, była dość płochliwa. Jej syn stał się na jakiś czas moim kolejnym ulubieńcem, ale i on długo u nas nie przebywał. Dłużej została gniada Diversa, która bardzo dziwnie stawiała nogi. W ruchu wyglądała, jakby jej stawy miały zbyt luźno przykręcone śrubki. Jeździec też to czuł, dlatego nie przepadałam za jazdą na niej. Kiedy po pewnym czasie ktoś wpadł na pomysł rozmnażania klubowych koni, Diversa została mamą całkiem udanej gniadej klaczki.

Prawie każdy nowy koń najpierw był sprawdzany w sporcie, a kiedy okazywało się, że nie przejawiał wybitnego talentu, trafiał do rekreacji. Pewnego dnia wszystkich zaskoczył widok oryginalnej nowoprzybyłej do stajni pary. Jontek, jasny, niski i dość drobny kasztan z latarnią, patrzył na nas niebieskimi oczami. Pierwszy raz widziałam rybie oko u konia. Jeszcze bardziej oryginalna była jego półsiostra Frezja, wysoka, o niezwykłej brudnokasztanowatej maści łypała na nas jednym rybim okiem, podczas gdy drugie było całkiem zwyczajne. Frezja nie sprawdziła się chyba w sporcie i dość szybko zniknęła ze stajni, a Jontek został w niej na bardzo długo, szkoląc niezliczone zastępy jeźdźców i zdobywając wierne grono fanów. Jako że nie było już w stajni Oranża, stał się parą dla Czetnika. Wyglądali trochę jak Flip i Flap – wielki flegmatyczny Czesiek i niski, drobny Jontuś. Podczas jazd na hali obaj zachowywali się podobnie – ciężko było ich zmusić do żwawszego ruchu. Jontek zaskoczył mnie kiedyś podczas jazdy w teren. Był to wyjazd zorganizowany na cześć jakiejś ważnej persony. Załapałam się na niego zupełnym przypadkiem, po prostu znalazłam się we właściwym czasie i miejscu. Pamiętam, że jechały z nami też Ewa Czajkowska i Aśka Piotrowska. Zamiast jak zwykle do lasu, pojechaliśmy na drugą stronę ulicy Wrocławskiej i dotarliśmy do skoszonego pola. Zastęp prowadził sam prezes Kuba, którzy zarządził ustawienie się ławą. Kiedy ruszyliśmy kłusem, od razu było wiadomo, czym się to skończy. Konie zerwały się do galopu, a stawkę prowadził Jontek, który wygrał ze wszystkimi w cuglach, nie pozwalając się zwolnić, póki nie wylądował w nieskoszonej jeszcze kukurydzy. Ten sam Jontek, którego bez palcata nie można było zmusić do żywszego ruchu na padoku czy ujeżdżalni!

Kiedy indziej przyjechawszy do stajni wcześniej, obserwowaliśmy konie wypuszczone na halę. Właśnie do stada dołączyły jakieś nowe, więc zgromadziliśmy się na trybunach przyglądając się im z ciekawością. Ze zdziwieniem zauważyłam, że przywódcą stada jest leniwy, spokojny, stoicki, niewysoki Jontuś. To on przejął pałeczkę po Melibie, który wcześniej przewodził stadu, i właśnie tłumaczył nowym, kto tu rządzi. Pierwszy raz miałam okazję widzieć, jak się to odbywa. Widowisko było bardzo interesujące. Jontek nie opuszczał „nowego” ani na moment, biegł z nim bok w bok, spychając w ustalonym przez siebie kierunku, dopóki nie uznał, że tamten już mu się całkiem podporządkował i wykonuje jego polecenia. Co to były za konie? Może Loran i Łasin, późniejsi ulubieńcy Ewy – Piłeczki i Aśki? A może dereszowaty Frampol albo kasztanka Ostrawa, która miała strome pęciny i ciągle się potykała? Albo półbracia Dąb i Molar – bardzo ważna para w historii Klubu?

Dąb i Molar pojawili się jednocześnie, wyglądali bardzo podobnie – dwa urocze kasztanki niewysokie i miśkowate z wyglądu. Arabo-murinsulany szybko zostały określone mianem „murków”. Mimo zewnętrznego podobieństwa i łączącego je pokrewieństwa, murki bardzo różniły się od siebie charakterem. Poczciwy Dąbek szybko zyskał sobie miłość dzieci – spokojny, łagodny, posłuszny cieszył się ogromnym powodzeniem wśród jeźdźców. Jego braciszek Molar miał zgoła inne zwyczaje. Nie określiłabym go jako konia narowistego czy złośliwego, ale jedna z moich koleżanek, jeżdżąca od dawna i regularnie, przyznawała, że boi się na nim jeździć. Molar po prostu miał charakterek. Nie zapomnę pewnej jazdy na łące. Dosiadałam Molara, a akurat trafiło się, że instruktor miał ochotę na skoki. Pomiędzy drzewami stała jakaś niewysoka przeszkoda. Nie pamiętam już, jak była skonstruowana. Molar swoje niezbyt imponujące warunki fizyczne nadrabiał ogromnym sercem do skoków. On to chyba po prostu uwielbiał. Szedł na przeszkodę prosto i z wyraźną radością, nie trzeba było właściwie go naprowadzać, sam chciał skoczyć. Czasem wręcz jeździec musiał go powstrzymywać, bo kiedy już zaczął skakać, przy kolejnym nawrocie sam wybierał najazd na przeszkodę, nawet jeśli człowiek wcale nie miał zamiaru jej pokonywać. Zawsze skakał z dużym zapasem.

Dzięki Molarowi właśnie rozpoznaliśmy się z dwojgiem ludzi z Klubu, spotkawszy się nad morzem. Pracowałam tam w czasie wakacji, kiedy już byłam instruktorką. Prowadziłam bladym świtem dwugodzinne jazdy po plaży. Bywało różnie, bo często trafiali się odważni, którzy mimo górnych zapowiedzi okazywali się zaledwie poczatkującymi jeźdźcami i galop po plaży wyraźnie przerastał ich możliwości. Pewnego poranka jednak przed stajnią pojawiło się dwoje ludzi, którzy nie skłamali zapowiadając, że umieją jeździć. To była jedna z dwóch najprzyjemniejszych porannych jazd. Wracając stępem przez las, zaczęliśmy rozmawiać, oczywiście o koniach i jazdach. Jakoś zeszło na koniki niewielkiego wzrostu i oczywiście wspomniałam o Molarze, nie podając jednak jego imienia. Kiedy scharakteryzowałam jego niezwykły zapał do skoków, pan powiedział zwracając się do żony: Popatrz, to całkiem jak nasz Molar. No i tak się poznaliśmy w Łukęcinie, nie spotkawszy się wcześniej w Klubie.

Agnieszka Krzyżańska – Duś

Wspomnienia Danusi Struk

Wspomnienioa Danusia Struk